środa, 26 października 2016

Generalna garść przemyśleń

Na garść przemyśleń zawsze jest pora.

zdjęcie jak zazwyczaj - przypadkowe
1. Jestem chora.
2. Mam dość studiów i wszystkiego.
To dwa wystarczające (przynajmniej mi) powody do wytworzenia tego postu.
Ad 1: 
Nudzę się, bo jestem chora to coś napiszę.
Ad 2:
Studia. Jeśli dacie się zmylić gdzieś informacją, że to takie nicnierobienie przez większość czasu - błąd. Albo po prostu dałam się zaciągnąć na takie studia. Owszem, po tych studiach mam teoretycznie zagwarantowaną przyszłość (co to znaczy? To znaczy, że osób po bezpieczeństwie potrzeba coraz więcej, ale o tym może kiedy indziej), szkoda, że zupełnie nie rozumiem, co ci dobrzy ludzie mówią do mnie na wykładach i o co pytają na ćwiczeniach.
Co więc chciałabym z tym zrobić? Po pierwsze zdać ponownie maturkę (rozszerzona matma!), po drugie dostać się jeszcze raz na studia, tym razem na coś absolutnie nie społecznego i nie humanistycznego. Jak pójdę na politechnikę to wszyscy się równo obśmieją, ale dobrze wiemy, że to się nie stanie, zostanę sobie na tym swoim UKSW, tylko zmienię kierunek. Jeśli ktoś chciałby wiedzieć najprawdopodobniej matma lub chemia. Mam nadzieję, że to nie samobójstwo, ale zobaczymy.
Podejrzewam, że zaczynanie studiów po raz kolejny jest całkiem ok - ogarnia się już system etc, a jeśli zaczyna się na tej samej uczelni - wiadomo, gdzie jest który budynek i która sala. Ja po prostu potrzebuję chyba za dużo czasu na przystosowanie się. Tak jak wszystkie szkoły od podstawówki do liceum działały tak samo - zmieniali się tylko nauczyciele i układ sal - tak instytucja uczelni działa mocno inaczej i nie ukrywam, że mam z tym problem. Cudem zapisałam się na wszystkie zajęcia bez problemu, tzn. nic nie koliduje z niczym, 3-dniowy weekend, w czwartek w zasadzie jedne zajęcia, w poniedziałek podobnie... Ale to nie te studia. Po prostu. Trafiłam na zły kierunek, zły wydział. Myślałam, że to super studia, ale nie przemyślałam egzaminów np. z historii, której nie potrafię się nauczyć (przez te wszystkie lata zdawałam na farcie) i w dodatku jest prowadzona tak, jakby wszyscy już wiedzieli wszystko (szkoda, że ja wiem całe nic). Może i studia ścisłe będą jeszcze gorsze, ale tego przynajmniej potrafię się nauczyć, jest namacalne i dowiedzione (nie to, żebym była superścisłym umysłem, ale społeczeństwo, polityka... są za bardzo teoretyczne).
Co będę robić po studiach, na które chcę iść? Nie wiem. Może nawet ich nie skończę? Ale wiem, że muszę spróbować, bo to jedna z niewielu szans w życiu.

leksa. 

ps W planach tego posta miało być też o tym, że nie potrafię nawet ogarnąć swojego pokoju, a co dopiero studiów i życia - ale jakoś się nie złożyło.

czwartek, 20 października 2016

Niebo z widokiem na raj

Góry? Trzy razy tak!


 Zacznijmy od początku. 
Moja miłość do gór urodziła się dawno temu. Jak bardzo dawno, to w sumie nie ważne. Niestety dopiero w tym roku miłość na odległość pokonała kilometry z Warszawy do Wisły, a potem z Wisły na piechotkę do Żywca. 
Jak było? Najcudowniej na świecie. Osoby, które chodzą po górach (szczególnie z plecakiem) wiedzą o czym mówię. To są te momenty, kiedy przeklinasz się, że nie ćwiczyłaś w ciągu roku i masz kondycję tak słabą, że słabszej być nie może, są momenty, że chcesz rzucić wszystko i wrócić do domu, do tej strefy komfortu i obejrzeć następny odcinek swojego ulubionego serialu. 
Ale... Przychodzi ten moment, kiedy już wejdziesz na szczyt. I co? Zdejmujesz plecak, prostujesz plecy, rozglądasz się i  widzisz najlepszy widok na ziemi, właśnie takie niebo z widokiem na raj. Zapiera ci dech w piersiach, nawet nie podnosisz rąk do zrobienia zdjęcia, chcesz patrzeć i nie możesz się napatrzeć, nie chcesz mrugać, żeby nie uronić ani chwili, ani kawałeczka tego pięknego widoku. 
I później możesz powiedzieć sobie: "kurcze Aga, weszłaś tam, na tą wielką górę!". Z perspektywy czasu nie pamięta się szczegółów takich jak to, w jaki sposób było ciężko. Pamięta się, że no było ciężko, ale kurde, warto było dla każdej sekundy patrzenia na piękno gór, tego krajobrazu. I oczywiście wszystkie śmieszne sytuacje, jak kąpanie się w strumieniu.
Po dwóch miesiącach od powrotu z Beskidu Śląskiego pamiętam też uśmiech każdej osoby, z którą byłam tam na wędrówce i każdej mijanej na szlaku. Bo w takim miejscu naprawdę jest trudno się nie uśmiechać, nawet jeśli jest najgoręcej na świecie, bo w południe idziesz szlakiem, bez żadnego najmniejszego drzewka i słońce daje jak sto pięćdziesiąt, ty masz wielki plecak ważący x kilo i właśnie obtarłeś sobie nogę. Najlepiej na świecie, serio.
Jeśli po przeczytaniu tego nie wierzysz - pojedź w góry, wyjdź ze swojej strefy komfortu i rusz w nieznane, to oczyszczające.

leksa.